Jeśli wierzyć historiom opowiadanym w Kapitolu jej życie przypominało bajkę. Podobno zawsze dostawała wszystko, czego tylko pragnęła, tabuny ludzi krążyły wokół niej, gotowe spełnić każde najmniejsze życzenie, a jej pokój pełen był złota i kosztownych kamieni. Podobno... tylko życie w pałacu prezydenckim było tak dalekie od bajki, jak to tylko możliwe. Przyzwyczajono ją, że ludzie co chwila odchodzili, nawet jeśli najbardziej na świecie pragnęła, by zostali. Pierwsza odeszła jej matka: Valerie miała wtedy zaledwie trzy latka i wielkie plany na przyszłość. Długo płakała po jej śmierci i nawet pokrzepiające słowa dziadka: Jesteś silna, Val, poradzisz sobie, nie pomagały. Kolejny by jej ojciec: zrozpaczony utratą ukochanej żony powiesił się we własnym pokoju. Po nim też płakała. Nie rozumiała, czemu ją opuścili i zostawili jedynie z bratem, z którym nigdy się nie dogadywała, oraz z dziadkiem, który miał na głowie całe Panem. Szukała więc przyjaciół wśród współpracowników dziadka i służby. Nie było wiele takich osób, a i tak prędzej czy później znikały. Na początku nie rozumiała tego wszystkiego, dlaczego ludzie z pałacu ginęli, ale z czasem pojęła. To były ich własne Głodowe Igrzyska, a wygraną władza nad całym Panem.
Życie w pałacu zafundowało jej ekspresowy kurs dorastania. Miała zaledwie dziewięć lat na karku i świadomość, że jej dziadek, ten sam, który każdego dnia przychodził do niej i rozmawiał na wszelkie tematy, był mordercą. Nie potrzebowała szokującego wyznania Finnicka Odaira, by wiedzieć, co trafiało do kieliszków osób uznanych za niewygodne bądź zagrażające prezydentowi. Nie potrzebowała dowodów, by rozumieć, dlaczego w oddechu dziadka zawsze dało się wyczuć metaliczny zapach krwi. Od zawsze była inteligentna, szybko przyswoiła sobie zasady gry obowiązujące w pałacu prezydenckim. I chociaż bardzo się starała nie przywiązywać do nikogo, nie potrafiła tak po prostu wyłączyć swoich uczuć. Była dzieckiem, które potrzebowało uwagi i zrozumienia, nie robotem. Może po prostu wybierała złe osoby, a może to jej obecność zsyłała na nie kłopoty, bo wszyscy przegrywali tę walkę. Największy cios przyjęła, gdy nie miała jeszcze jedenastu lat i gdy podczas rozmowy z dziadkiem dowiedziała się, że Seneca Crane nie żyje. Nie potrafiła powstrzymać łez ani bólu: wciąż pamiętała długie rozmowy, które odbywała z Senecą i to, jak serdecznie ją traktował. Zastąpił jej ojca i to jemu zwierzała się ze swoich marzeń: pamiętała doskonale, że gdy wyznała, że pragnęła zostać konstruktorem, on powiedział, że na pewno jej się to uda i wiele zdziała w tej dziedzinie. Już nigdy nie miała z nim porozmawiać, tylko dlatego, że nie zmiótł Katniss Everdeen z powierzchni ziemi, kiedy miał ku temu okazję. Pozwolił jej przeżyć, mimo że okazała bunt przeciwko władzy i tym samym sam skazał się na śmierć. Valerie powinna znienawidzić dziadka za to, co zrobił Senece, za to, co zrobił tym wszystkim ludziom, z którymi współpracował, ale nie potrafiła. Przecież takie były zasady gry i każdy, kto kiedykolwiek znalazł się w pałacu prezydenckim, miał tego pełną świadomość. Seneca Crane był jedynie kolejnym imieniem na długiej liście osób, do których Valerie zdążyła się przywiązać i które niedługo potem wylądowały na szafocie. Ostatnie miejsce na niej zajmował jej brat, Tiberius Snow. Nawet nie potrafiła zapłakać nad jego grobem, nie po tym, co się stało... Doskonale pamiętała, jak w środku nocy wszedł chwiejnie do jej pokoju i jej nozdrza wypełnił odór alkoholu. Pamiętała, jak podszedł do jej łóżka, co chwila przeklinając, i wrzucił z siebie wszystko, co o niej myślał. Pamiętała jego dłonie na swojej skórze, ciężar jego ciała na swoim, strach paraliżujący wszystkie kończyny i ten szept rozlegający się tuż przy jej uchu: I co, nadal jesteś taka odważna, Val? Bała się pomyśleć, jak skończyłaby się tamta noc, gdyby nie interwencja strażników. Dwa dni później Tiberiusa znaleziono martwego w jego własnym pokoju i chociaż oficjalnie uznano, że umarł na wskutek przedawkowania jakiejś substancji psychoaktywnej, Valerie wiedziała, że to trucizna go zabiła. I jedyne, co czuła, to ulgę, że już nigdy więcej nie zobaczy twarzy Tiberiusa.
Wbrew wszelkiej logice, w towarzystwie Coriolanusa Snowa Valerie czuła się bezpiecznie. Wszyscy powtarzali jej, że to potwór; zabił jej matkę, doprowadził do śmierci ojca, zamordował brata... a i tak nie potrafiła go znienawidzić. Był jedyną osobą, która przez całe życie szczerze się o nią troszczyła. To on dbał, by niczego jej nie brakowało, to on kupował jej drogie prezenty, to on dbał o jej edukację i to on towarzyszył jej przy każdym posiłku, pytając o samopoczucie i z zainteresowaniem wysłuchując jej każdego słowa. Nie wiedziała, dlaczego z całej rodziny wybrał właśnie ją; może dlatego, że w niczym nie przypominała matki, po cichu narzekającej na jego rządy i obmyślającej plan objęcia władzy w Panem przez jej męża; może dlatego, że była całkowitym przeciwieństwem syna prezydenta, swojego ojca, który nigdy nie był dość silny, by wziąć na siebie odpowiedzialność za cokolwiek; może dlatego, że nigdy nie wykazywała takiej głupiej agresji, jak brat, a może po prostu dlatego, że widział w niej samego siebie. I chociaż mieli tyle wspólnego, wciąż była jedynie dwunastoletnią Valerie Snow, która wbrew swojej woli została wciągnięta w morderczą, polityczną grę i poległa. Nie była na tyle silna, by poradzić sobie z tym, co na nią spadło. Nie potrafiła pogodzić się ze śmiercią dziadka, jedynej osoby, na której mogła w pełni polegać. Nie potrafiła...
Oszalała. Trzymali ją pod kluczem, odcinając od świata i innych ludzi. Patrzyli na nią z obrzydzeniem, jakby własnymi rękami zabiła tych wszystkich ludzi, którzy polegli w rebelii. Nie potraktowali jej okrutnie; pomimo nazwiska była jedynie dzieckiem, nie mordercą. Dostała niewielki pokój, w którym miała spędzić tyle czasu, ile rebelianci uznają za stosowne. Nie pamięta, w którym momencie zaczęli do niej przychodzić; pierwszy pojawił się dziadek, gdy zapłakana siedziała na łóżku i uspokajająco pogłaskał ją po włosach. Zawsze byłaś najsilniejsza z nas wszystkich, Val — powtarzał z uśmiechem na ustach. Po nim zjawił się Seneca Crane. Poradzisz sobie — pocieszał ją. Zawsze byłaś inteligentną dziewczynką, Val. Rozmawiała z nimi i chyba jedynie dzięki ich towarzystwu nie oszalała do końca. Gdy w końcu wydostała się z więzienia, w którym ją zamknęli, w niczym nie przypominała dziewczynki, którą niegdyś była. Oczy nieustannie lustrowały otoczenie, a dłonie zaciskały na ubraniu. Dali jej szansę na nowe życie, trzynastoletniej dziewczynie, która nie miała już nikogo. Mówili, że ma szczęście, że była jedynie wnuczką Coriolanusa Snowa i kazali przysiąc, że nigdy nie wróci do Kapitolu. Wsadzili ją do pociągu z nadzieją, że już nigdy więcej nie zobaczą twarzy Valerie Snow, może nawet że nie poradzi sobie i nie przetrwa. Ale nie zamierzała umierać, nawet jeśli pierwsze miesiące jej życia po rebelii przepełnione były strachem i głodem ściskającym żołądek. Musiała dać radę. Przecież oni wierzyli, że jej się uda.
Róże okazały się jej wybawieniem: przez tyle lat wraz z dziadkiem pielęgnowała te piękne kwiaty, że wiedziała o nich wszystko. Nie mogły jej zapewnić dostatniego życia, ale dzięki nim przetrwała. Jednak wspomnienia zostały. Chociaż w snach wciąż widziała stratowane przez tłum ciało, które niegdyś było Coriolanusem Snowem, powtarzała sobie, że przecież on nie umarł. Odwiedzał ją, rozmawiał z nią, pomagał jej... Czasem w nocy, gdy wszelkie światła gasły, znów słyszała chwiejne kroki, czuła odór alkoholu w powietrzu i ręce brata na swoim ciele. W takich chwilach w panice błądziła dłońmi w ciemności i gdy natrafiała na smukłą łodygę leżącej na szafce róży, smród i niechciany dotyk znikały. Zawsze byłaś najsilniejsza z nas wszystkich, Val — mówił jej dziadek, patrząc na nią z uśmiechem. Zasypiała, otulona słodkim zapachem róż.