Katniss Everdeen
IGRAJĄCA Z OGNIEM —— DWADZIEŚCIA SIEDEM LAT —— ŁOWCZYNI —— ŻONA
Rzekomo udało jej się dosięgnąć wszystkiego, o czym marzyła. Ocaliła siostrę, razem z Peetą przetrwała 74., a potem 75. Głodowe Igrzyska, wreszcie stała się głosem wszystkich Dystryktów i zjednoczyła je, by położyć kres dyktatorskim rządom Snowa. Panem odrodziło się jako zupełnie nowe państwo, a ona - jak głosiły media - nareszcie złożyła broń i odnalazła spokój. Wyszła za miłość swojego życia, zamieszkała na stałe w Dystrykcie 12. i w domyśle miała być szczęśliwa. W końcu wywalczyła tę świetlistą przyszłość nie tylko sobie, ale także wszystkim ludziom, którzy pokładali w niej wielkie nadzieje i wszelką wiarę. Nie zawiodła zatem ani ich, ani siebie. Czyżby?Nikt nie wnikał w to, jak wiele poświęciła tym wygórowanym ideałom. Nie zawsze udawało jej się chronić swoich bliskich, a oni ginęli w jej imieniu. Ich twarze po dziś dzień prześladują ją w sennych koszmarach i nawet bliskość Peety nie jest w stanie ich przegnać. Na początku wydawało jej się, że potrzebuje czasu, żeby się zregenerować, odnaleźć w nowym położeniu. Dni jednak mijały, mijały nieubłaganie, a jej żywot w swej ciągłości nie nabierał oczekiwanych barw. Katniss nie potrafiła zbratać się z ciszą, nie po okrucieństwach wojny, a kiedy nie mogła spać i nocą przemierzała kolejne metry kwadratowe swojego domu, czuła... Pustkę. Zupełnie, jakby wszystko, czego dokonała nie miała najmniejszego znazczenia. Najwyraźniej nie była gotowa, by przejść nad tym do porządku dziennego. Było tym trudniej, że wśród ludzi powracających do swoich starych domów nie dostrzegła jego. Dowiedziała się tylko, że dostał dobrą posadę w Dwójce i że raczej nie wróci do Dwunastki. Mimo, że ciężko było jej w to uwierzyć, upływający czas utwierdził ją w przekonaniu, że ich drogi już się nie zejdą. Od tamtej pory, każdego wieczora, wyciągała z komody naszyjnik, w którym wciąż trzymała jego zdjęcie — zaraz obok zdjęcia matki i ukochanej siostry. Zdała sobie wtedy sprawę, że z jej życia bezpowrotnie zniknęła jedna z najbliższych jej osób. Ale tylko on zniknął, bo chciał zniknąć. Uciekł. By móc się z tym uporać, stopniowo stygła. Uczucia i emocje zaczęły w niej przymierać, stłumione permanentnym bólem i traumą. Peeta był przy niej przez cały ten czas, mimo, że usilnie starała się go od siebie odsunąć. Była wściekła na siebie, na Gale'a, była wściekła na cały świat i ten parszywy los, że tak to wszystko pokomplikował. Że musiała oszukiwać Peetę, grając główną rolę w przedstawieniu Kapitolu, że Hawthorne musiał to oglądać i wreszcie... Że stała się narzędziem w czyichś rękach. Tłumaczyła sobie, że robiła to wszystko, aby chronić najbliższych, ale jednocześnie nie potrafiła sobie tego wybaczyć. Bo dopiero, gdy Gale odszedł, uzmysłowiła sobie, ile straciła. Uzmysłowiła sobie, że najzwyczajniej w świecie... Pomyliła ich. Wcześniej żyła w przekonaniu, że to Mellark koi jej zszargane nerwy, że to przy nim spokojnie zasypia, że to jego dobroć i cierpliwość jest w stanie ją naprawić. Owszem, było tak, ale tylko wtedy, kiedy miała pewność, że gdzieś tam jest mężczyzna o szarych oczach i że jest gotów poświęcić za nią życie. I mimo, że uczucie, które żywiła do Peety było prawdziwe, ciepłe i silne — nie było miłością, a przynajmniej nie taką, na której można oprzeć dom czy rodzinę. A to właśnie tego syn piekarza nabardziej pragnął i właśnie tego nie mogła mu dać. Nie chciała. Żałowała, że zdała sobie z tego sprawę tak późno. Żałowała, że przez tyle lat pozwalała, by jej mąż żył iluzją, był jej podporą w chwilach kiedy ona po prostu na niego nie zasługiwała. Oczywiście, próbowała dać sobie czas, nauczyć się go kochać, ale to nie zdawało egzaminu. Wbrew wszystkiemu zdążyła się do tego przyzwyczaić, do grania i zasłaniania się uśmiechem. Po raz kolejny oszukuje wszystkich wokół, dając życie roli szczęśliwej małżonki. Jedynym miejscem, gdzie może być sobą, jest las, zupełnie jak za dawnych lat. To właśnie tam ucieka, gdy w oczach Peety widzi, że wszystkiego się domyśla (albo, co gorsza, już wie). To właśnie tam ździera z siebie maski, to właśnie tam łapie oddech. Zdarza jej się znikać na całe dnie, nocuje wtedy w chatce ojca i poluje, nawet jeśli już nie musi tego robić. W ten sposób odwraca swoją uwagę od gryzącego sumienia, skupia myśli w punkcie, który nie szarpie boleśnie jej wspomnień. Nie potrafi inaczej. Tylko polowanie przynosi jej ulgę. Na chwilę. Często siada na brzegu, obserwując płaską taflę wody, lustro, w którym przeglądają się słońce i księżyc. Siedzi tak godzinami, zamyka oczy i wsłuchuję się w grę lasu. Czuje, jak rześki, wilgotny wiatr plącze jej włosy, czule dotykając policzków, szyi. I czasem nawet wyobraża sobie, że ten dotyk należy do osoby. Do niego.
Ale drama mi z tego wyszła! Ale to wszystko wina tego przystojniaka, którego zasłoniłam. Jego karta mnie natchnęła. Ale nie martwcie się, z Katniss wcale nie jest tak źle. Raczej. Chodźcie na wątki <3



